Święta Wielkanocne w przedwojennej Warszawie

Wielkanoc to święto Zmartwychwstania Pańskiego. Święto wiosny, budzącego się życia i odrodzenia. Święto nadziei. Wielkanoc, jaką zapamiętałem sprzed wojny, to zupełnie inne święta. Niepodobne do dzisiejszych. Przywiązywało się wtedy do nich większą wagę – wspomina Witold Sadowy.

Święta obchodzono uroczyście w gronie najbliższych. Poprzedzała je Palmowa Niedziela, a potem robienie porządków i przygotowanie świątecznych potraw, trwające cały tydzień. Dokładne sprzątanie pokoi, wietrzenie odzieży na balkonie, mycie okien, trzepanie dywanów na podwórku i pastowanie podłóg specjalną pastą z woskiem, a nie płynem nabłyszczającym, jak ma to miejsce dzisiaj. To był cały ceremoniał. Po wchłonięciu pasty, podłogi froterowano, aby się błyszczały. Ciasta, mięsa, szynki oraz bigos przyrządzało się w domu, a nie kupowało gotowe, jak dzisiaj w sklepie. Pamiętam, jak przed zbliżającymi się świętami chodziłem z rodzicami pod Żelazną Bramę (w pobliżu dzisiejszej Hali Mirowskiej) na zakupy.

Mama wybierała wtedy cztero lub pięciokilogramową wędzoną szynkę z kością, którą potem gotowała w ogromnym garnku na węglowej kuchni. Cóż to była za szynka, palce lizać!. Obowiązkowo z tłuszczem, bo wtedy była prawdziwa i miała smak, a nie plastikowa jak dzisiejsza. Nikt nie myślał o kaloriach i nie było tylu grubasów. Wszystko prawdziwe, bez konserwantów. Po ugotowaniu jej na wywarze, przyrządzało się przepyszny czerwony barszcz. Tarło się chrzan, który szczypał w oczy. Do bigosu dodawało się okrawki, kupowane w wędliniarniach i wlewało odpowiednią ilość czerwonego wina, dla smaku. Do makowców ucierało się mak w glinianej misce, specjalnym drewnianym przyrządem. Do babek dodawało się rodzynki, bakalie i skórkę pomarańczową, smażoną w cukrze. Najbardziej lubiłem migdałowe mazurki mamy, pieczone na kruchym cieście. Problemy były zawsze z ciastem. Zwłaszcza z makowcem. Martwiono się, by nie opadł, a babki nie miały zakalca.

Zapach kuchennych przysmaków, zmieszany z zapachem wypastowanych podłóg, czuć było w całym mieszkaniu. To były dopiero święta. W Palmową Niedzielę szliśmy obowiązkowo do kościoła na nabożeństwo. Palmy, wiosenne bazie oraz zielony barwinek do przystrojenia święconki kupowało się przed świątynią. W Wielki Piątek, po południu, cała Warszawa szła na groby. Na Krakowskim Przedmieściu było najwięcej kościołów i najwięcej ludzi, czekających cierpliwie w długich kolejkach do Grobu Pańskiego. Na Pradze najpiękniejszym kościołem był kościół św. Floriana. Po odwiedzeniu kilkunastu świątyń, zmęczeni, ale zadowoleni wracaliśmy do domu o zmroku. W Wielką Sobotę święciło się jajka, babki, kiełbasy oraz pieprz i sól. Przynosiło się także do domu wodę święconą w buteleczkach i miniaturową cierniową koronę Chrystusa. Nadal obowiązywał post. Dopiero w niedzielę koło południa zasiadaliśmy do wielkanocnego śniadania. Potem spacer po Nowym Świecie i po Łazienkach Królewskich. Wszyscy odświętnie ubrani, bez płaszczy, bo zazwyczaj święta wielkanocne, jakie zapamiętałem, były ciepłe i słoneczne. W drugi dzień świąt, czyli w „lany poniedziałek” najbardziej cieszyły się dzieci i młodzież. Oblewało się wszystkich, kogo się dało. Oczywiście nie kubłami jak to miało miejsce na wsi.

I choć tradycja świąt Wielkiej Nocy wraz z odwiedzaniem Grobu Chrystusa w poszczególnych kościołach pozostały, to wszystko nie ma już takiego uroku jak dawniej. Wszystkiego dobrego!

Witold Sadowy

Z dnia by Redakcja jako Wielkanoc w przedwojennej Warszawie, Witold Sadowy, Wspomnienia z Pragi

Comments are closed.